Kilka ostatnich wpisów piszę w samochodzie z powodu braku wystarczającej ilości wolnego czasu w domu. Ostatnie dni były dla mnie dość intensywne i smutne.

Był późny wieczór, zmęczony wraz z dwiema osobami wracaliśmy do domu. Miałem słuchawki i słuchałem jakiś piosenek które ostatnio wpadły mi w ucho i próbowałem przysnąć. Układałem w głowie już plan na kolejny dzień. Wiedziałem ze nazajutrz, rano wyjdę na rower i rozmyślałem nad trasą. Ale nie wiedziałem jeszcze, że od tego treningu dzieli mnie tylko godzina….

Usłyszałem tylko huk. I słowa co to było. W sumie to zaaragowałem automatycznie. Zjechaliśmy na pobocze , wyszedłem z samochodu i tylko gdzieś z boku słyszałem słowa „pies”. Nie wiem dlaczego, ale jestem strasznie wrażliwy na punkcie krzywdy zwierząt…. do rzeczy. Było tak ciemno, ze nie widziałem gdzie ide, zapaliłem latarkę i zobaczyłem mała kulkę blisko pobocza po drugiej stronie jezdni. Ehh. To już zostaje w głowie….

Zabrałem go głębiej na trawę i położyłem. Nie ruszał się, nie reagował. Po chwili doszedł mój brat który powiedział tylko już po nim, zostaw go. Po drugiej stronie ulicy stał jeden, samotny dom a w środku paliło się światło. Byliśmy pewni, że to stamtąd pochodzi pies. Drzwi otworzył starszy mężczyzna. I tutaj szkoda, że zapomniałem włączyć dyktafonu jak to robi się w takich sytuacjach. Nie będę rozpisywać się nad tym co mówiłem. Facet wyparł się wszystkiego, miał w dupie, że leży tam umierające zwierzę. Nie ruszało go sumienie. NIC. Pozostało dzwonić na policje i zgłosić sprawę. Haha to byłoby za piękne. Powiedzieli tylko, żeby zrobić zdjęcia i jutro rano zgłosić się na komendę…. Kundelek mocno cierpiał. 😔

Jeszcze chwilę staliśmy tam, zastanawiając się co robić. Ale wkrótce wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. Było jakoś chwilę po 00:00. Nie dawało mi to spokoju. Zacząłem kontaktować się z wszystkimi kto mógłby mi pomóc. Cholera, że nie mam jeszcze samochodu. Nie zastanawiałbym się i od razu pojechałbym do Gdyni do weterynarza. Wykonałem z 10 telefonów zanim udzielono pomocy. Powiedziałem, że nie zostawię tego tak. I tu baaardzo dziękuje Panu Adamowi i Otoz Animal z Ciapkowa.

Po powrocie do domu. Wiedziałem już, że zaraz tam wrócę, nie wiedziałem jeszcze jak, ale nie zasnę zanim nie zrobię czegoś. Wziąłem rower, latarkę, napełniłem bidon wodą. Założyłem normalne ciuchy, nawet zwykłe adidasy. I pojechałem. 10km w jedna stronę przez na szczęście dobrze znane mi lasy po to żeby jak najszybciej wrócić do niego.

Gdy dotarłem na miejsce, łzy same cisnęły się na oczy. Psiak wykazywał chęć do życia. Walczył. Próbował przedostać się przed ulice na druga stronę, do domu. Ze złamanymi tylnymi łapami, z uszkodzonymi wnętrznościami. Mogłem tylko delikatnie zabrać go z powrotem na pobocze i przykryć go kurtką oraz podać wode.

Po 40 min przyjechał Pan który zabrał go i powiedział, że nie jest chyba tak źle. Oczy ma otwarte, jest przytomny i reaguje. Miałem nadzieje, że z tego wyjdzie i może będę mógł go zabrać do siebie. Do domu.

Nie dostawałem sporo czasu zadnej wiadomości co z nim, rano tylko znajomi odpisywali, przepraszam już spałem… rozumiem było bardzo późno… Odezwałem się po kilku godzinach do Otoz Animal którzy napisali, że psiak nie przeżył drogi do weterynarza. To smutne. Zrobiłem chyba wszystko co mogłem. Nie ma co teraz gdybać co byłoby gdybym działał szybciej itp. Cieszę się, że odszedł w trochę lepszych warunkach niż na ulicy.

Długo zastanawiałem się, czy chce o tym napisać. Rano wyszedłem na rower. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie przeżył. Ale jadąc kilkakrotnie mówiłem sobie jak to pięknie żyć.

Dziękuję tym którzy wspierali mnie tej nocy. To nie była pierwsza taka akcja. Pierwszy raz wypadek. Ale nie pierwsza pomoc z mojej strony. Szkoda tylko, że kolejny raz misja się nie powiodła.

Kategorie: Blog

0 Komentarzy