Hej. Po pierwsze mamy nowy tydzień, wstałem z całkowicie nową energią i z dobrym nastawieniem. Wybaczcie za możliwy chaos w tym wpisie, ale jadę pociągiem i nigdy nie jest to samo skupienie co w domu siedząc przed biurkiem.. 😉 Co prawda zawody były wczoraj, ale podobnie jak rok temu jak tylko zjadłem i uporałem się ze wszystkim to poszedłem spać. To były trudne zawody dla mnie.

Napiszę po kolei jak to wyglądało, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie.

Dzień przed czyli w sobotę byłem w pracy, rower otrzymałem dopiero po 14, jednak tego dnia już miałem ważniejsze sprawy i nie miałem już czasu na trening, sprawdzenie go pod każdym kątem. Jak zachowuje się, jak działa. Wstępnie ustawiłem wszystko pod siebie i zająłem się czym innym. Wróciłem późno, zjadłem tyle ile uważałem za rozsądne i poszedłem spać. Na nazajutrz wstałem już po 6, by zjeść obfitsze śniadanie i spakować się na zawody. Czułem się bardzo dobrze, mimo ze było dość chłodno to byłem dobrej nadziei i z dobrym nastawieniem na ściganie, w końcu nie musiałem martwić się już o sprzęt tylko robić swoje. Wiedziałem, że trasa jest sporo zmieniona i inna niż sprzed roku, dlatego dobrym pomysłem było przejeżdżenie i zapoznanie się chociaż z niektórymi odcinkami. Zrobiłem sporo km przed samym startem, być może nie potrzebnie, z drugiej strony byłem pewien, że przecież mam dużo siły.

Przed starem zjadłem 2 banany, zrobiłem izotonik, zjadłem batona. Jeszcze zastanawiałem się jak się ubrać, co założyć by jechało mi się komfortowo. By nie było mi ani za zimno, ani za ciepło.

O 11:20 wystartowaliśmy. Udało mi się znaleźć miejsce w pierwszej 50-siątce, gdzie czekaliśmy na sygnał startowy. Pierwsze 10km jechałem równo i trzymałem się kolegi z klubu. Byłem w dobrej dyspozycji. Do czasu. Zauważyłem, że siedzę coraz niżej i ,że coraz bardziej garbie się tracąc przy tym prędkość i siłę w nogach. Już wiedziałem, że to nie moja pozycja na rowerze. Okazało się, że siodło zjechało mi na sam dół, przez co siedziało mi się na nim jak na harleyu. Hah. Tylko, że nie miałem narzędzi, żeby to naprawić. Na szczęście, udało się Bartłomiej Kamiński, kolega z znanego mi klubu pożyczył mi cały zestaw i mogłem ustawić jeszcze raz siodło w odpowiedniej pozycji. Odrobiłem sporo miejsc, ale po kilku kilometrach znów to samo. Okazało się, że potrzebny jest specjalny smar który będzie uniemożliwiał ześlizgiwaniu się sztycy w dół, którego nie miałem. Mógłbym także mocniej dokręcić śrubę, jednak groziło to uszkodzeniem ramy. Z każdym kolejnym postojem traciłem prędkość ,a cała energia schodziła niczym powietrze z balonu. Trasa była trudna z licznymi technicznymi, długimi podjazdami. Miałem ze sobą 2 banany i jeden żel, dzięki któremu chyba ukończyłem te zawody. Od połowy trasy robiło mi się słabo, serio. Nie chciało mi się jechać, ale o rezygnowaniu nie było mowy. Albo dojadę, albo mnie sami będą zbierać z trasy. Po każdy spożyciu tego co miałem z tyłu w bluzie, po chwili czułem się nieco lepiej. To ciekawe, ale tak było.

Zająłem bardzo niskie miejsce, bo 148 open. No cóż. Widzicie jak spada forma, po słabo przepracowanej zimie. Alee już po powrocie wczoraj do domu, czułem się nie co lepiej, widzę, że szybciej się regeneruję i że jakąś siłę mam. W końcu organizm przez całe życie pamięta wysiłek nawet sprzed kilkunastu lat. Za tydzień Grudziądz, pora naprawdę wziąć się za robotę. Takie zawody mnie motywują, wiem co mam robić! Ale chce wrócić na mojego Krossa i jestem dobrej nadziei, że niedługo go będę mieć.

Wyszedłem z pociągu…

Te zawody były ważne, bo dopiero po zawodach człowiek dostaje kopa w tyłek i bierze się do roboty. To nie był przypadek, że byłem 23 open na Garminie na jesień i to ja mogłem kontorolować co dzieje się na trasie. To czas by wrócić do regularnych treningów.

Dziękuje Klubowi, ProSportowi oraz kilku osobą są ze mną! ☺️


Dodaj komentarz